niedziela, 30 sierpnia 2009

świecie nasz / All in all we all are

Ostatnio przeczytane: "Pod ciężarem nieba" Charles R. Cross (warto!)


Kolejna wizyta w domu pozwala na odrobinę wytchnienia. Jak dobrze, że są miejsca, gdzie przybieramy swoją starą skórę i znów możemy poczuć się dzieckiem - innym człowiekiem, niż ten, do którego przyzwyczailiśmy lustra. Szkoda tylko, że czas nie podlega tym podróżom. Przygnębia mnie świadomość przemijania moich rodziców. Zwłaszcza mój ojciec - ostatnimi czasy postarzał się o lata świetlne. Jestem w domu praktycznie co miesiąc i za każdym razem, mam wrażenie, że nie widziałam go rok. Wierzyć mi się nie chce, że on, ten terminator, podlega czemuś tak banalnemu jak czas! A jednak...

Teraz pora na życie i snucie planów wokół niego. Nieustanne. Zbliża się sezon zmian, wszystkich tych, przed którymi się ucieka w myślach i przysłowiowo chowa głowę pod poduszkę. Muszę to przyjąć na klatę. Nic nie zostaje nam na zawsze, przecież to wiadome od zarania dziejów. I nic nie przychodzi łatwo - tego również tłumaczyć nie trzeba.
Znać mantrę właściwą, to lepsze niż zapomnienie.

Miasto nie umiera nigdy. I ludzie, tak naprawdę, też.

piątek, 21 sierpnia 2009

tramwaje pod specjalnym nadzorem

Czasami bycie na kacu pozwala na zauważenie drobinek, okruchów niemal zdarzeń, które normalnie nie odcisnęłyby na nas żadnego piętna. Zapomnielibyśmy o nich jak o codziennej rutynie, która stale jest obok nas, niczym cień - żeby nawet nie powiedzieć, że w nas. Moja rutyna poszła dziś na urlop razem z trzeźwością umysłu i chyba jakimś rozsądkiem - ale to naturalne, jesteśmy tylko ludźmi i wyciągamy wnioski z każdego doświadczenia jakie na nas spada- przynajmniej tak być powinno, a jeśli jest inaczej, to już trudno, kwestia indywidualna, zostawiam to innym.

Wracając do tramwajów. Droga powrotna do domu zajmuje mi niecałe dziesięć minut. Dziś czułam się jakbym wracała całą wieczność. Znów wyszłam z siebie w jakieś odległe miejsce i odpłynęłam, po prostu. Na zakręcie przewrócił się wózek z puszkami po piwie pewnego starszego pana. Woda, resztki piwa - wszystko popłynęło, ludzie zaczęli się odsuwać, uważać, żeby tylko nie zmoczyło to ich szacownego obuwia. Poczułam bunt. Przecież on był kiedyś młody, zakochany. Ktoś go kochał, potem zmieniał się świat, zmieniał siebie, zmieniał innych. Gdzieś ma rodzinę, ludzi, którzy z nim żyli i znali go doskonale, wiedzieli o nim coś więcej niż to, że zbiera puszki i ma szarą, podniszczoną marynarkę. Oni mają prawo go oceniać,
nie my.

Stradom wyrzucił mnie z 10, ból głowy obwieścił kolejną godzinę z przymrużonymi oczami.
Ale widzę, mimo wszystko, wszystko widzę. I czuję.

środa, 19 sierpnia 2009

pod ciężarem nieba

Okna pachną dziś światłem, jasnością. Czas pachnie jasnością i błogością. Nie dzieje się nic - może to i dobrze, bo głowa i myśli potrzebują spokoju, zwolnić od tego szaleńczego biegu ostatnich tygodni. Jakoś tak zbieram się w sobie, zbieram siły nawet męcząc się podczas walk z kurzem, który na trwałe wrósł w krajobraz naszego mieszkania. Wrósł - do dziś, bo przemeldowałam go, ale dokąd - lepiej nie wiedzieć.
Przemeldowałam też siebie, gdzieś na przylądek dobrej nadziei, albo zielony, bo tak lubię te nazwy, ten świat, który wciąż czeka na mnie otworem. Ja czekam, bo wiem, że są na tym świecie wartości, kolejność, i że na każdego przyjdzie pora. Bo skoro zdarza się źle, to jest to pewnikiem, że zdarzy się też dobrze, czyż nie?


ps., miasto wciąż trwa.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

dziś w nocy umrze miasto, czyli kołowrotek raczek

Nie ma bardziej wycofanej osoby niż ja. Całe życie ustępuję innym, biorąc pod uwagę odczucia ludzi, zapominając o jednym ważnym detalu - o tym, że ja też. Że ja też mam jakieś uczucia i jednak - zasługuję na jako taki szacunek. Bo chyba tak powinno być, czyż nie? Mam prawo do wyrażania własnych opinii, odczuć, osądów. I nie będę tego robić, aby kogoś zaatakować, czy skrzywdzić. Chodzi mi o dobro obopólne.

I wcale nie piszę tego, żeby przekonać siebie i wypowiedzieć wojnę wyrzutom sumienia, które jak na złość, już się pojawiają. Po prostu, chcę aby było czysto i jasno. Chcę aby choć trochę było jak dawniej.
Proszę, zrozum.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Let there be more light

/pink floyd, a momentary lapse of reason/


Gnuśność. Cokolwiek mogłoby to oznaczać, kimkolwiek mogłaby ona być. Za oknem pada, a ja jestem jałowa, jak paski ziemi widziane z lotu ptaka, gdzieś nad Jadachami. Nic tam nie zasieją, nie zbiorą. Nie będzie z tego chleba, powszedniego dnia, pór roku, ani deszczu. Deszcze są w Krakowie i nad Paulińską garną się do okien jak zaspany kot do ciała. Potem Luna wbija pazurki w ręce, w nogi, zupełnie jakby chciała się przekonać, że my istniejemy, że ten świat (nie)stety jest, a wszystko co odczuwalne całym kocim ciałkiem nie jest snem. Gdyby to był sen, obudziłabym się już dawno i wyniosła śmieci. Potraktowała je jako symbol - było i nie jest. Nie będzie. Tabula rasa, hakuna matata i sru od nowa.

Bajda mnie męczy, żebym zaczęła coś pisać. Jakąś powieść. Tak, jasne, tylko jaką, o czym? O tym, że pada, a za oknem słyszę jakieś dzwonki? O tym, że pralka znów się zepsuła, play nie chce łączyć z netem, a ja mam 23 lata i jestem żywym dowodem na to, że wszystko zdarza się dwa razy. Po trzy, po cztery może i nawet. Obym tylko ja się już nie zdarzyła więcej, bo wystarczy taka jedna, głupiutka Karolina, która całe życie musi udawać szczęście.

"Mniej pierdolenia, więcej działania" - może od jutra, Michał.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

[I pewnego pięknego dnia...] Andrzej Sosnowski

[I pewnego pięknego dnia
przy przejściu granicznym]

I pewnego pięknego dnia przy przejściu granicznym na koniec
zjeżdżamy się ciężarówkami po latach objazdów
w umówionym miejscu na parking, gdzie barek Zoom się nazywa
jak słodko rozprostować kości, wycierać ręce z potu i smaru
po latach kluczenia w centrum i nocy w osiedlowych alejkach
nasze dzieci padają sobie w ramiona, a my spacerujemy
wyczarowując książki, które namierzyliśmy w mieście.
I tyle wesołości na parkingu, kiedy się wydaje,
że Piotr jest już w połowie jednej ze swoich, jaki
szybki! Kelnerka uprzejmie zestawia dla nas stoliki,
lecz na górnej kondygnacji jest tyle zamętu,
więc może chodźmy na dół, tam będziemy sami.
Nasze powitalne pocałunki były jak umierające gwiazdy,
ktoś oglądał nas z drugiej strony przez mokrą lornetkę.
Kobiety wysypują zawartość nowych pięknych torebek
śmiejąc się ze wszystkich nielegalnych skarbów.
Tłumaczymy dzieciom znaczenie ostatnich słów
języka kraju, do którego mamy jechać.
Gada w nas szmat długiej drogi.
Będziemy siedzieć "aż do bólu".

niedziela, 9 sierpnia 2009

Denominacja (Marciusz Moroń)

Denominacja

rodzisz martwe mówisz urodziłem prezentujesz
wkoło potem barwisz i ubierasz martwe kładzie
swoją martwą głowę na gładkich kolanach
i jedyne co zostaje to przelekki strumień
ognia spływający z ciebie, to błękitne krzesło

piątek, 7 sierpnia 2009

walking on the moon

od niewiedzy gorsza może być tylko wiedza

czwartek, 6 sierpnia 2009

nie wiem

didaskalia, przypisy. cokolwiek.

help.

piękna jest wisła o 4 rano.
byle już nie płakać.

wtorek, 4 sierpnia 2009

wszystkie filmy są o miłości

W tym domu wszystko gnije, bo my nie jesteśmy domem. Dom jest w nas, w sercu. My nie potrafimy swoich otworzyć wystarczająco. Sama już nie wiem, w co gramy, co udajemy sobą. Po co.
Świat zmienia się wokół mnie. Albo to ja zmieniam się dla świata.

Są piosenki, jak ludzie, które kochamy tym mocniej, im rzadziej je słyszymy.
Są ludzie, dla których jesteśmy tym bardziej, im mniej ich mamy dla siebie.


Wszystko i nic. Wszystko albo nic?